Dzisiaj odrobinę o szatanie. Człowiek ma Pana Boga poznawać, służyć Mu i Go wielbić. Szatan powiedział: NON SERVIAM i chce, żebyśmy zrobili to samo. Prawdą jest, że nadmierne i niezdrowie zainteresowanie kwestiami demonicznymi jest szkodliwie. Czy jednak z drugiej strony - zerowe zainteresowanie osobowymi siłami zła jest bezpieczne? I czy nie jest dokładnie tym, na czym diabłu zależy?
Współcześnie, w posoborowych strukturach Kościoła jest jakby zmowa milczenia na temat szatana. Gdy wspomni się o nim, napotyka się raczej upomnienia - nie koncentrujmy się na złu, nie straszmy, ewentualnie bardziej kpiące w stylu "diabeł z kitą to taka przenośnia dla dzieci, takie ludowe wierzenia, a tak naprawdę jest to jedynie symbol zła w człowieku". Tymczasem wszystkie kłamstwa współczesności, od masońskiego naturalizmu po jego pochodne, jak na przykład gender w świecie i modernizm w Kościele, odnoszą tak wielkie sukcesy, ponieważ ta zła, osobowa inteligencja postanowiła się przed człowiekiem ukryć.
Dlaczego ludzie nabierają się na to? Bo jest to wizja pociągająca, jakby taka spokojniejsza, bezpieczniejsza. Natomiast negacja istnienia stada demonów czyhających na duszę człowieka ma szereg opłakanych skutków, powiedzmy choćby o takim: skoro Nowy Testament pełen jest wyraźnych i często przerażających odniesień do żywego, osobowego demona, a my już w XXI wieku wiemy, że to raczej taka przenośnia, w jaki sposób mamy resztę Nowego Testamentu traktować jako nie-przenośnię? Skoro św. Paweł mówi, że toczymy walkę z konkretnymi bytami i mówi, że musimy oblec się w zbroję Bożą, a my już wiemy, ze z tymi osobowymi bytami to taka przenośnia, to pewnie z tą zbroją Bożą to też taka przenośnia.
Tymczasem, czy da się żyć po katolicku nie uznając istnienia diabła? Lucyfer nie zasługuję na większą uwagę, a na pewno na uznanie, ale bez uznania, że jego inteligencja milionkrotnie przewyższa naszą i że jego celem jest niszczenie sług Bożych i zakrywanie przed ludźmi prawd płynących z Ewangelii, w jaki sposób mamy sumiennie dążyć w przeciwnym kierunku? Nowa, pozytywna pseudo-ewangelia powie nam, że nie należy straszyć złem, ale pociągać dobrem. Pytanie jednak, czy nie jest to robienie z rozumu ludzkiego jajecznicy. Dlaczego sprzątasz? Bo lubię czystość. To znaczy że nie lubisz brudu? Ależ nie, po co tak negatywnie, ja po prostu lubię czystość. A czy chęć czystości i niechęć do brudu nie idą zwyczajnie w parze? Jak można rozdzielać chęć bycia w ciepłym bezpiecznym pomieszczeniu od niechęci bycia w zamieci na zewnątrz? Czy pragnienie bycia w światłości i strach przed byciem w mroku nie idą ze sobą parze?
Podobnie w naszym uciekaniu się pod płaszcz NMP nie ma chyba sensu oddzielać naszego pragnienia bycia w Królestwie Niebieskim od naszego strachu przed byciem z szatanem w piekle. Czy z powodu szatana warto wpadać w dygot? Nie. Ale powód zachowania spokoju może być prawdziwy lub fałszywy. Współcześnie mówi się: nie wpadaj w dygot, diabła nie ma. Po katolicku zaś jest raczej tak: "wpadaj w dygot gdy tylko przestajesz Pana Boga poznawać, służyć Mu i Go wielbić, bo są powody do dygotu, natomiast gdy utkwisz wzrok w swoim celu, jakim jest szczęście z Bogiem w Niebie i schronisz się pod płaszcz Niepokalanej, wtedy, ale dopiero wtedy, już w dygot nie wpadaj".
Przypominam, że nie jestem teologiem ani duszpasterzem. Zawarte tu rozmyślania poddaję krytyce. Co myślisz, mój Drogi Czytelniku, o tym co dziś napisałem?
Komentarze
Zgadzam się z tymi przemyśleniami. Prosto i zrozumiale.