WIARA WE WŁASNE SIŁY

23.02.2025

Dziś o jakości pracy katolika. Jestem ciekaw, czy spotkałeś się, mój Drogi Czytelniku, z pewnym błędem, który może obniżyć jakość wszystkiego, za co zabierają się katolicy. Natura tego błędu jest bardzo zwodnicza. Polega on na wskazywaniu zagrożeń w jakiejś postawie, a następnie jako antidotum przedstawia pewną przeciwną skrajność. Na przykład - aby nie popaść w pychę będę mierny. Aby nie dać się zwieść współczesnej wersji tzw. rozwoju osobistego, w ogóle nie będę podejmował praktyk rozwoju osobistego. Aby nie popaść w zbytnie przywiązanie do wyglądu zewnętrznego, w ogóle nie będę dbał o wygląd zewnętrzny. Zwodniczość tego błędu wzmocniona jest przez fakt, że ta niby bezpieczna postawa jest też zwykle dużo wygodniejsza. Wszelkie dbanie o coś jest bardziej wymagające niż mniejsza dbałość. Obawiam się, że błąd ten dotknął również czegoś, co nazywam jakością katolicką.

Załóżmy, że cokolwiek robimy, staramy się aby było to najwyższej jakości. Takiemu podejściu, zgodnie z prawem naturalnym, towarzyszyć może uznanie ze strony otoczenia, nasza cześć i sława. I oto pojawiają się zagrożenia próżności, zarozumiałości czy niezdrowej ambicji. Aby zniwelować te zagrożenia katolik nie może się przestraszyć i zacząć na wszelki wypadek robić rzeczy miernie. Ma zachować pokorę i nadal robić wszystko najlepiej jak tylko potrafi, bynajmniej nie dla czczych zaszczytów, ale kierując się dobrze pojętą służbą Bogu i bliźniemu. Aby dla Pana Boga i dla bliźnich podejmować się ważnych dzieł i usiłować wykonywać je na najwyższym możliwym dla nas poziomie, potrzebna jest cnota wielkoduszności. Tej cnoty zły w człowieku nie chce i zaraz zacznie szeptać mu do ucha kłamstwa, które mają przerzucić człowieka z wielkoduszności do małoduszności przebranej za pokorę. Nie możemy na to pozwalać i musimy walczyć o naszą wielkoduszność, a zagrożenia niwelować przez współpracę wielkoduszności z roztropnością, aby dokładnie rozróżniać czym jest prawdziwa sława, cześć i chwała, a czym pozorne.

Albo takie pytanie: czy katolik powinien wierzyć we własne siły? Jakże często spotykam się z wypaczeniem na tym polu, które mówi - ależ nie, katolik nie ma wierzyć we własne siły, bo to zagrożenie. Tak, to zagrożenie i nie, rozwiązaniem nie jest niewiara w swoje siły. Pokora nakazuje tu nie nazywać tych sił własnymi i nie przypisywać sobie zasługi za talenty, które mamy. Ale jeżeli je zaniedbujemy, to już nie jest pokora, ale fałsz. W Sumie Teologicznej napisane jest, że „pokora powściąga popęd, by nie dążył do rzeczy wielkich wbrew prawemu rozumowi”. Z kolei, uwaga, „wielkoduszność popycha ducha do tego, co wielkie, zgodnie z prawym rozumem”. Dzięki temu duch ani nie jest umniejszony, ani niesłusznie wywyższony.

Katolik ma być człowiekiem wielkodusznym. Jak napisał pan Dariusz Zalewski, którego książkę kiedyś polecałem, człowieka wielkodusznego poznaje się po zewnętrznym zachowaniu, odbijającym jego postawę wewnętrzną. Wyraża się ona na przykład w oszczędnym użyciu ruchów, w unikaniu marnotrawienia czasu, energii, rozpraszaniu się na problemy nieistotne, plotkarstwo, gadulstwo, zewnętrzne rozproszenie, które nie sprzyjają realizacji celów, jakie człowiek przed sobą stawia. A powinien stawiać przed sobą cele wielkie, bo wszystko co robi robi dla Pana Boga. Wstyd byłoby Panu Bogu dawać trefny, niedopracowany towar.

Mój Drogi Czytelniku, jeżeli masz chęć, napisz w komentarzu, czy spotkałeś się z postawą, że lepiej, żeby katolickie było zawsze takie średnie, żeby nam woda sodowa nie uderzyła do głowy. I czy to, co dziś napisałem ma dla Ciebie sens. Czy zgadzasz się z tym, że jeżeli katolik jest rzeźnikiem lub adwokatem albo po godzinach robi jakąś katolicką stronę internetową to ma być najlepszym rzeźnikiem, adwokatem, czy robić najlepszą stronę internetową, bo wszystko co robi, robi dla Pana Boga?

Komentarze